Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szklarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szklarnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2014

Projekt Szklarnia

Pracowałam dziś w szklarni. Słuchałam jak deszcz stuka w dach, wszystkie zewnętrzne dźwięki odbierane są przez mózg w tym miejscu znacznie intensywniej. Po pierwsze nie włączyłam muzyki, celowo, żeby słyszeć ten stukot deszczu w dach, a przez otwarte drzwi szczebiot ptaków. Mimo deszczu drą dzioby już nie w stereo a w kwatrofonii. No i kukułka. Gdzieś niedaleko, bo wyraźnie słychać kuku, kuku, kuku... Po drugie w szklarni dżwięki zewnętrzne potęgują swoją intensywność, może to echo odbijające się od dachu, może fakt, że nie widać nic przez matowe ścianki.
Skończyłam pracę trochę wcześniej i pomyślałam, że może coś napiszę...

Uświadomiłam sobie jednocześnie, że jeszcze tu, na blogu, nie opisałam moich dwóch ostatnich, dużych projektów - Szklarni i Małego Domku. Dziś będzie o tej pierwszej.

Napiszę o moim ukochanym miejscu w Szwecji. Szwedzi na takie miejsca mówią "smultronställe" czyli miejsce poziomkowe. Do miejsc poziomkowych udajemy się, żeby odpocząć, zrelaksować się, pobyć sam na sam ze sobą. Najczęściej są to wyjątkowe i piękne miejsca np. polana w lesie, plaża lub przytulna kafejka :-) Znajomy ma takie miejsce gdzieś w Bieszczadach, daleko od ludzi, na połoninie. Też pięknie :-)
Dla mnie moja szklarnia jest takim właśnie miejscem, jednym z kilku, ale o reszcie nie będę mówić, smultronställe utrzymuje się w tajemnicy przed innymi :-)

Jeśli ktoś śledzi facebookową stronę Korsaberg to wie, że w 2012 roku rozpoczęła się budowa szklarni, projekt zakończył się w 2013. To znaczy jeszcze trochę zostało do zrobienia, np. ułożenie cegieł podłogowych przed wejściem, odmalowanie zewnętrznych elementów drewnianych, podłączenie solara i kilku innych drobnych rzeczy, które jednak nie przeszkadzają w normalnym jej użytkowaniu.

Ale może od początku.

W 2011 roku moja Szwagierka postawnowiła wybudować w swoim ogrodzie basen. W miejscu gdzie miał powstać stała stara szklarnia. Zawsze z zazdrością na nią patrzyłam, na rosnące w niej pomidory, na winorośl, brzoskwinię i inne rośliny, które tworzyły niesamowity klimat w tym miejscu. Gdy projekt basenu był już gotowy, Szwagierka zapytała nas, czy chcemy ich szklarnię. Moja radość była przeogromna! Elementy ścianek i dachu były w bardzo dobrym stanie, mimo, że jej drewniana konstrukcja ma już kilkadzisiąt lat (stała w ogrodzie, gdy A-L z mężem kupowali ten dom wiele lat temu). Musieliśmy tylko wybudować murowaną część, na której osadzona miała być część szklarniową pawilonu (zamiast szkła dach i sciany wykonane są z poliwęglanu komorowego).  
W wakacje 2012 roku zaczęliśmy więc przygotowania pod fundament. Poprosiliśmy znajomego pana, żeby pomógł nam wykopać miejsce pod fundament oraz przekopać się rzez ogród do domu celem podłączenia prądu i wody doszklarni. No i sie zaczęło. W ciągu paru dni wybudowaliśmy mur w wysokości 1,2m (tym razem obyliśmy się bez Polskich Fachowców, którzy budowali Mały Domek kilka lat wcześniej, ale o tym projekcie będzie wkrótce), otynkowaliśmy go to tak, że wygląda jakby miał bardzo starą elewację (tynk zaraz po nałożeniu był przecierany wielką szczotą).
Następnie z pomocą wszystkich członków rodziny nasadziliśmy górną część szklarni na podmurówkę. W narożniki szklarni posadziliśmy winorośle. Projekt na tym etapie został zakończony we wrześniu 2012 roku. 







W marcu 2013 roku prace zostały wznowione :-) Przede wszystkim przygotowaliśmy grunt pod podłogę, czyli wysypaliśmy żwirem, ułożylismy instalację do ogrzewania podłogowego, które będzie podpięte do solara, majacego na celu ogrzanie wiosną szklarni, tak, żeby szybciej móc rozpocząć sezon wegetacyjny. Następnie na żwir wysypany został piasek i położone cegły podłogowe. W maju do wielkich skrzyń posadziłam pierwsze pomidory i ogórki. Winorośle wypuściły listki, więc szklarnia spełniła swoje zadanie zimą.






Szklarnia ma być pawilonem ogrodowym z roślinami rosnącymi w specjalnych skrzyniach. Jedynymi roślinami wsadzonymi bezpośrednio w ziemię są tylko winorośle. Kilka dni temu w ziemi wokół nich zasiałam maciejkę, zobaczymy czy wzejdzie i będzie pachnieć w letnie wieczory :-)

Tak było w zeszłym roku: 







W zeszłym roku miałam dwie wielkie skrzynie na pomidory i ogórki, w tym już są trzy. 

Takie mialam zbiory w ubiegłym roku:




W tym roku pomidory wysiałam sama, w styczniu będąc w Warszawie udało mi sie kupić nasionka pomidorów malinowych i bawolich serc. Wysiałam w lutym, nie myślałam, że z nich coś będzie. A jednak, udało się.  Wzeszły wszystkie, w sumie miałam 65 pomidorkó. Część z nich rośnie w skrzyniach w szklarni, część w gruncie za szklarnią, część w skrzyniach w warzywniaku w ogrodzie. Łącznie 38 krzaków! Resztę krzaczków rozdałam.

Tak pomidorki wyglądały w okolicy Wielkanocy:



Na razie wszystkie krzaczki kwitną, a kilka z nich w szklarni ma już pomidorki na gałązkach. 

Szklarnia od wiosny do października staje się living roomem. Praktycznie każdy wieczór choć chwilę spędzam w niej. Choćby po to, żeby podlać rośliny. Od piatku do niedzieli obowiązkowo jemy w niej późny obiad lub kolację. W ciągu dnia jest w niej zdecydowanie za gorąco, ale wieczory są cudowne, rozgrzane w ciągu dnia cegły oddają ciepło, podlane rośliny pachną, w zeszłym roku pomidory wisały na kiściach jak winogrona. Bajka. 

Przy budowie tej szklarni namęczyłam się koszmarnie. Kilka razy przeklęłam pomysł jej budowy i żałowałam, że po prostu nie kupiliśmy gotowej szklarenki na aluminiowym stelażu. Ale w takich chwilach natychmiast zaczynałam myśleć o remoncie mieszkania w Warszawie, (jeśli ktoś chciałby zobaczyć to pobojowisko to TU jest kilka zdjeć) przez który sama przechodziłam rok wcześniej, trwał trzy miesiące, w tym czasie przewinęły się dwie ekipy remontowe, spotkałam kilkoro ludzi niesolidnych i niesłownych, totalnie niemyślących logicznie, co drugi z fachowców okazywał się alkoholikiem. Myślałam, że piekło związane z tym remontem nigdy się nie skończy. Kilka razy wśród gruzu na tej mojej "budowie" siedziałam na wiaderku z goldbandem i płakałam z bezsilności. Ale w końcu skończyło się. A satysfakcja i radość z efektu była tak wielka, że o trudach, przez które przeszłam, szybko zapomniałam. Ze szklarnią było podobnie. Te cudowne wieczory rekompensują cały wylany pot, nadwyrężone i bolące kolano i zmęczenie podczas jej budowy.

Bo zrobienie włąsnoręcznie czegoś co potem długo cieszy daje ogromną satysfakcję! 

Późno już... pisząc o miłych rzeczach czas szybko leci. 

Dobranoc.
Dzień dobry :-)

//K. 

PS. Powyżej dołączyłam kilka zdjęć. Na facebookowym Korsaberg jest cały album, do którego wpadają na bieżąco zdjęcia ze szklarni.







wtorek, 11 marca 2014

Mina svenska favoriter czyli subiektywna lista szwedzkich rzeczy, bez których nie mogę się już obejść :-)


Dzisiejszy wpis powstał spontanicznie. Nieplanowanie. Pewnie gdyby nie blog to podzieliłabym się w dwóch zdaniach moimi przemyśleniami ze znajomymi "na fejsbuku" :-) No ale mam mój blog, więc mogę się tu rozpisać.
Jak już wcześniej wspomniałam w Szwecji pracuję w tzw. homeoffice. Homeoffice to w teorii pokój "komputerowy" a w praktyce najczęściej przy stole w kuchni, bo stąd mam najładniejszy widok za oknem, bo blisko po kawę, bo kuchnia to serce domu. Lubię tu pracować jak jestem sama.
Dziś przy śniadaniu otworzyłam drzwi na taras, poczułam mieszankę zapachu wiosny, ziemi, ściętych drzew (sąsiad wycina las blisko nas). Ciepłe, pachnące powietrze, słońce, ptaki drące dzioby, gęsi gęgające na jeziorze, wszystko to spowodowało, że zamiast w pracować w kuchni zabrałam dokumenty, komputer, duży kubek kawy i poszłam do mojej szklarni. Na szczęście wifi z domu dochodzi do tej części ogrodu. Więcej o tym cudownym miejscu będę pewnie pisała jak już sezon szklarniowy będzie w pełni. Na razie zeszłoroczne zdjęcia można obejrzeć w facebookowym albumie na profilu Korsaberg.
To nie był dobry pomysł, bo zamiast pracować siedziałam i dumałam, że to jeden z najlepszych projektów, jakie zrealizowaliśmy. Dziś w szklarni miałam 20 stopni i pachniało ziołami zza uchylonych drzwi do foliowego inspektu, w którym zimowały delikatne rośliny... bajka. Bez tej szklarni nie wyobrażam już sobie mojego szwedzkiego, wiejskiego życia. Po krótkim zastanowieniu się nad tym, bez czego trudno byłoby mi się obejść a z czym zetknęłam się w Szwecji, miałam już sporą listę rzeczy, których obecność w moim życiu bardzo doceniam.

1. Szklarnia, bezsprzecznie na szczycie mojej listy, powodów chyba nie muszę podawać, to przecież oczywiste :-) Myślę, że gdybym nie mieszkała w Szwecji nigdy pewne projekty nie wpadłyby mi do głowy, do szklarni (i jeszcze do kliku innych prac) zainspirowała mnie Szwecja. Tu wiele rzeczy się robi własnoręcznie lub we własnym zakresie, wypożyczając np. odpowiednie maszyny (bez udziału "fachowców"), a satysfakcja z tego płynąca jest równie wielka jak radość z wykonanego projektu.


Szklarnia. 

Od punktu drugiego kolejność jest zupełnie przypadkowa, po prostu najpierw wypisałam sobie listę a później dopisałam krótkie uzasadnienie :-)

A zatem:
2. Białe noce latem. Zjawisko opisane w Wikipedii. Oczywiście im wyżej na północ, tym efekt jest bardziej zjawiskowy ale i tak na południu Szwecji w okresie najkrótszych nocy w roku, czyli od końca maja do połowy lipca można się bardzo zdziwić patrząć na zegarek. O godzinie 23/24 przy bezchmurnym niebie jest tak widno, że bez problemu można na dworzu czytać.  A już o drugiej nad ranem zaczyna sie wschód słońca.  
3. Osthyvel czyli nóż do sera. Wbrew nazwie to narzędzie uniwersalne i niezastąpione w kuchni. Służy m.in. do obierania warzyw, krojenia ogórka w plasterki lub podłużnych warzyw na wstążki do sałatek, wycinania okrągłych pierniczków i odpowiedniej grubości (ciasto piernikowe w formie rulonu zamrażam na półtwardo, potem wystarczy pociąć nożem do sera plasterki i już piernczki gotowe, bez bawienia się w wałkowanie i wycinanie foremką). Na pewno przez lata użyłam go do wielu innych rzeczy, których w tej chwili nie pamiętam, po prostu używa się tego noża wtedy, gdy jest taka potrzeba :-)
4. Maszynka do gotowania jajek. Niby nic specjalnego. Ale spróbuj ugotować więcej niż dwa jajka w garnku na idealnie miękko, tak żeby żółtko się nie ścięło a białko nie było płynne. Jak umiesz, to gratulacje. Mi się nigdy ta sztuka nie udała. Poza tym zimne jajka z lodówki włożone do gorącej wody mają tendencję do pękania. A tu po prostu wkładasz jajka, nakłuwasz, wlewasz odpowiednią ilość wody i czekasz kilka minut. Rewelacja!
5. Podgrzewane fotele w samochodach. W standarcie w fotelach kierowcy i pasażera. Chyba nie trzeba tłumaczyć, dlaczego to się w tym zestawieniu znalazło. Wystarczy tylko powiedzieć, że zanim zimą samochód się nagrzeje od sinika mija kilka dobrych minut, fotele grzeją pupę i plecy od razu :-)
6. Szwedzkie sery twarde. Mój absolutny faworyt to whisky cheddar z Kvibille. Szwedzi, o czym nie mówi się w Polsce, mają duże tradycje w produkcji twardych serów. Czego niestety nie można powiedzieć o wędlinach i pieczywie :-(
7. Kawa. Szwedzka kawa do użytku domowego nie ma sobie równych. Moja faworytka to Gevalia mellanrost. Ostatnio robiąc porządki w kuchni w polskim domu w Warszawie, doliczyłam się pięciu 500 gr. opakowań tej kawy :-) Mogę się podzielić :-)
8. Czyste pociągi i toalety w nich, do których można bez obaw wejść. Komentować tego chyba nie trzeba.
9. Miary w dl. Wszystkie receptury w Szwecji przeliczone są na miary objętościowe: w decylitrach - 100ml, łyżkach - 15ml, łyżeczkach - 5 ml i szczyptach - 1ml. Będąc w IKEA na pewno spotkaliście się z kolorowymi miarkami zawieszonymi na kółeczku. Weźmy np. taką szklankę z polskich receptur. Każda szklanka jest inna, taka miara nie  jest zatem miarodajna. Ok, zawsze można ważyć, ale to też nie jest wygodne rozwiązanie. Ja wszystkie moje stare przepisy z Polski przeliczyłam sobie kiedyś na szwedzkie miarki. Wyszło mi, że do pewnego ciasta potrzebuję 2 dl i 2 łyżki stołowe mąki. To bardzo ułatwia proces przygotowania potraw.
10. Możliwość zamówienia wiosną u znajomego myśliwego całego dzika. Mieszkając w Polsce kilkakrotnie jadłam mięso z dzika w postaci jakiegoś gulaszu lub wędlin, wówczas do głowy by mi nie przyszło, że będę miała kiedyś zamrażarkę wypełnioną poporcjowanym dzikiem :-). Grillowane steki i kotleciki, pieczeń czy gulasz są pyszne.
11. Loppisy czyli pchle targi. Kocham stare rzeczy. Z duszą. W Polsce starocie są bardzo drogie, w Szwecji za bezcen można znaleźć antyki lub oryginalne bibeloty. 
12. Kultura jazdy i bezpieczeństwo na drogach. Komentarz wydaje się zbędny.
13. Motocykl. Pierwszy raz w życiu usiadłam na motorze 12 lat temu. Zakochałam się od pierwszego przejechanego kilometra. Przez pierwsze lata jako pasażer, od 2009 roku już jako kierowca :-) W Szwecji wydaje się, że na motorach jeżdżą prawie wszyscy, a dziewczyny/kobiety w różnym wieku, stanowią ogromny procent wszystkich motocyklistów. Szwecja dała mi możliwość odkrycia tej wielkiej przyjemności! Nie potrafię opisać uczuć, które mi towarzyszą podczas jazdy. To trzeba poczuć, żeby się przekonać.



To jest mój obecny angielski Czarny Rumak, Matchless G80.


A to motocykl, który jest moim marzeniem, Ducati Monster 600. Piękny prawda? :-) 


Na pewno pominęłam inne rzeczy, trudno w ciagu kilku chwil przypomnieć sobie wszystko. Czytam i widzę, że pominęłam w powyższej liście przedszkole, do którego chodziła moja córka i które bardzo dobrze wpłynęło na Jej rozwój. Pominęłam przyjście na świat mojej córeczki w Szwecji, o czym nie będę się rozpisywać, bo to zdecydowanie zbyt intymna sytuacja, wystarczy tylko, że napiszę, że podczas tych kilkunastu bardzo ważnych w życiu godzin, czułam się bezpiecznie i komfortowo a najważniejsze, że tu tak po prostu jest, że nie trzeba płacić za to, żeby być traktowanym z szacunkiem. To jest bezcenne.

Jak sobie jeszcze coś ważnego przypomnę, to nie omieszkam tego dopisać do mojej listy :-) Bo nagle, czytając powyższy tekst stwierdzam, że z niezobowiązującego tekstu zrobiła się ważna lista. Ważna, bo pozwala mi obiektywnie stwierdzić, że ta Szwecja to jednak taka straszna do końca nie jest :-) A że nie jest taka, jaka chciałabym, żeby była; cóż..., że za klasykiem powtórzę... Nikt nie jest doskonały :-)


Kurcze, wracam do pracy :-(

Dużo słońca Wam życzę Kochani!
//K.