Wczoraj, czyli 15
marca miałam okazję drugi raz w życiu robić świece. W ubiegłym roku w lutym
robiłam je po raz pierwszy i wówczas stwierdziłam, że jest to jedno z
najfajnieszych zajęć jakie miałam okazję robić. Przede wszystkim spotkanie ze
starą, szwedzką tradycją wytwarzania domowym sposobem świec. Oczywiście szczyt
sezonu na ich robienie przypada w adwencie. W grudniu długie ciemne wieczory
rozbłyskują światłem świec, współcześnie produkowanych fabrycznie, kiedyś ręcznie.
Na początku adwentu w każdym szwedzkim domu gospodyni roztapiała stearynę i
wosk, wlewała ją do wysokiego garnka, przywiązywała w specjalny sposób knoty do
listewek i wszyscy domownicy zaczynali robić świece. Proste świece do świeczników
lub trzy i pięcioramienne świece tzw. grenljus (świece rozgałęzione).
Poniżej zdjęcia znalezione w sieci, m.in. na pinterset.com. Ryciny pokazują jak się wiąże knoty, z których powstanie później taka świeca.
Grenljus.
Z Livią skupiłyśmy się wczoraj na
ljuskronor czyli koronach. Moja 6-cio latka po pierwszym kursie rok temu stwierdziła, że
kocha robić świece :-) Tak więc w tym roku było oczywistym, że na kurs znów pójdziemy
obie. Z wielkim zapałem od początku zabrała się do pracy. Gdy chciałam kilka razy pomóc Jej
w zanurzaniu świec w kotle z parafiną był duży protest - Nie mamo, ja sama! Livia zrobiła w sumie
sześć świec, 5 na metalowym statywie (korony) i jedną "skręconą". Dodatkowo
pani, która prowadzi kursy zaproponowała odlew parafinowy rączek Livii
:-) Bardzo piękna pamiątka.
Dzieła mojej Córeczki.
Ja, mimo zarzekania się, że w tym roku
tylko jedną, no może dwie... zrobiłam trzy korony, w tym jedną ogromną, ważącą 2,9 kg oraz 10 woskowych
zawieszek do szklarni.
Korona z serc z dziesięcioma świecami.
Świecznik adwentowy.
Duże serce.
Zawieszki do szklarni.
Łącznie na nasze świece zużyłyśmy 6,55 kg masy (mieszanka
parafiny ze stearyną). Nie jest to tania zabawa, każdy kilogram masy kosztuje
prawie 90 koron, plus koszty statywów i uczestnictwa w kursie, jednakże
przyjemność i satysfakcja z robienia świec, możliwość przeniesienia się w
czasie do okresu, gdy robienie świec było jednym z priorytoetów przed
zbliżającą się zimą, zapach topionej parafiny, ciepło bijące z wielkiego kotła
w którym znajduje się płynna masa i spokój... spokój jaki temu zajęciu
towarzyszy, są bezcenne. Wchodząc do domu, w którym znajduje się Bruddalen (nota
bene to stara stacja kolejowa w Knäred, która od wielu lat nie pełni już swojej
funkcji, bo pociągi expresowe i cargo po prostu nie zatrzymują się już w
miasteczku) zostawia się na parkingu przed budynkiem wszystkie problemy;
wchodzisz wolna od codziennych spraw, żeby na chwilę przenieść się w inny
świat. W dzisiejszym zabieganym świecie to jest warte każdych pieniędzy.
Moja Szwagierka, która jest doskonałą
organizatorką wszelakich eventów rodzinno -towarzyskich pod koniec naszej
wizyty w Bruddalen zabukowała czas na przyszły rok i na lata kolejne, aż do
roku 2018 :-) Na moich oczach tworzy się piękna tradycja. Rodzinno -
przyjacielskie robienie świec. I dobrze, że robimy je wiosną, mamy czas
nacieszyć się tymi pięknymi świecami aż do grudnia, kiedy nadchodzi czas na ich
zapalenie i delektowanie się ich
blaskiem gdy za oknem śnieg i mróz.
Trudno jest się zdecydować jakie modele świec będzie się robić, wybór jest ogromny a każda jest piękna. Poniżej kilka zdjęć procesu ich tworzenia. Zaczyna się od wiązania knota na statywie. Potem zanurza się koronę/świecę wielokrotnie w kotle z płynną masą. Świeca przed ponownym zanurzeniem musi być zimna, im grubsza tym dłużej stygnie. Spokój i cierpliwość. I radość z tworzenia czegoś pięknego.
Bruddalen to nie tylko miejsce w którym
robi się świece, to również miejsce, gdzie można kupić rękodzieło lokanych
artystów. Poniżej kilka zdjęć sklepu/galerii.
Bruddalenshantverk w Knäred, www.bruddalenshantverk.se
Miejsce magiczne, pachnące świecami i kawą, do którego chce się wracać. To kolejna rzecz, którą powinnam dopisać do mojej listy szwedzkich rzeczy opisanych w tym poście, z których nie chciałabym już rezygnować.
//K.



































